Czy Polska jest dziś dobrze przygotowana na kolejne ogniska grypy ptaków? Jakie zagrożenia niesie obecna jesienna fala choroby i ognisk?
Polska nie różni się od innych państw świata pod względem stosowanych metod walki z grypą ptaków (HPAI). Podstawowym narzędziem wciąż pozostaje bioasekuracja. Jednak wszystkie obserwacje wskazują, że obecne działania nie są wystarczające – wirus, który przez lata miał charakter sezonowy, dziś utrzymuje się w populacji ptaków dzikich przez cały rok. Temperatura, pora roku czy warunki pogodowe przestały mieć znaczenie.
W takiej sytuacji naturalnie pojawia się pytanie: czy warto rozważyć szczepienia kur niosek przeciw HPAI jako wsparcie bioasekuracji?
Dziś szczepienia są jedynym realnie dostępnym narzędziem, pozwalającym ograniczyć skalę strat wywoływanych przez HPAI. Międzynarodowa Organizacja ds. Ochrony Zwierząt jednoznacznie zaleciła wprowadzenie programów szczepień. Kraje takie jak Francja, Niderlandy czy Niemcy prowadzą już pilotażowe programy. W Polsce szczepionka została zarejestrowana w czerwcu tego roku. Tym, co obecnie blokuje jej wdrożenie, jest opór przemysłu mięsnego, obawiającego się reakcji handlu. Konieczność wykonania przez Głównego Lekarza Weterynarii działań formalnych – uzyskania od państw importujących potwierdzeń, że pilotaż szczepień nie spowoduje wstrzymania eksportu naszego drobiu – wydawała się do 19 listopada tego roku formalnością. W praktyce okazało się jednak inaczej, ponieważ górę wzięła obawa przed możliwymi konsekwencjami handlowymi, a nie zdrowy rozsądek.
Jednak wciąż pojawiają się obawy, że państwa importujące mogą zakazać wwozu drobiu z krajów, które stosują szczepienia, nawet jeśli dotyczą one tylko stad niosek?
To często powtarzany slogan. W obecnie obowiązujących świadectwach weterynaryjnych nie ma wprost zakazu szczepienia stad rodzicielskich ani niosek. W dokumentach zapisany jest jedynie zakaz importu mięsa pochodzącego z drobiu zaszczepionego przeciwko grypie ptaków. Tymczasem stada rodzicielskie produkują jaja wylęgowe, a mięso przeznaczone na eksport pochodzi od ptaków, które nie były szczepione.
Czy w świetle tych ciągłych zawirowań epidemiologicznych i rynkowych hodowla drobiu wciąż jest opłacalna?
Sytuację w branży drobiarskiej należy analizować na dwóch poziomach. Pierwszy to produkcja podstawowa – hodowcy. W tym segmencie branży nie obserwujemy dziś poważniejszych sygnałów kryzysowych. Drugi poziom to eksport i przetwórstwo – gdzie sytuacja wygląda inaczej. Wysokie ceny polskiego drobiu, choć korzystne dla hodowców, powodują, że stajemy się mniej konkurencyjni na rynkach krajów trzecich. Dla wielu odbiorców kluczowa jest cena, a producenci z krajów takich jak Brazylia oferują mięso nawet o połowę tańsze. Przy tak niskich cenach jakość jest drugorzędna. W efekcie stopniowo tracimy rynki eksportowe, co w dłuższej perspektywie może poważnie zaszkodzić branży. Paradoksalnie, obecną sytuację cenową częściowo „podtrzymuje” sytuacja epidemiologiczna – duża liczba ognisk grypy ptaków i rzekomego pomoru drobiu ogranicza podaż towaru, co hamuje spadki cen. Gdyby nie choroby, mielibyśmy dziś prawdopodobnie nadprodukcję i znacznie niższe ceny.
W tej sytuacji – wysokich cen i trudniejszej konkurencji – czy Polska nadal może czuć się pewnie jako lider eksportu drobiu w UE?
Absolutnie nie. Nic nie jest dane raz na zawsze. W obecnych warunkach wygrywa ten, kto jest w stanie dostarczyć towar w sposób ciągły. Przy tak dużej skali grypy ptaków i pomoru drobiu w Europie kluczowa staje się stabilność dostaw, a nie wysokość marży. Musimy też pamiętać, że na nasze miejsce czekają producenci z Europy Wschodniej czy państw Mercosuru, gotowi zalać rynek znacznie tańszym surowcem. Czas taniej produkcji w Polsce się kończy. Musimy stawiać na produkt przetworzony, o wartości dodanej, jak również kontrolę łańcucha dostaw. Produkcja podstawowa, jako główna gałąź, jaką zajmujemy się w Polsce bezpowrotnie ustępuje krajom, które aspirują do wejścia do UE, np. Ukrainie. To trend, którego w dłuższej perspektywie nie jesteśmy w stanie zatrzymać.
Do wyzwań ekonomicznych dochodzą także wizerunkowe. Organizacje ekologiczne twierdzą, że polski przemysł drobiarski nie jest zrównoważony…
To w dużej mierze organizacje o charakterze lobbystycznym, a nie stricte ekologiczne. W ich narracji „zrównoważony” oznacza często „zlikwidowany”. Promują rozwiązania w rodzaju powszechnego chowu przyzagrodowego – co jest utopią, uniemożliwiającą zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego. Grypa ptaków, pomór drobiu i inne choroby pokazują, że tylko fermowy, kontrolowany chów pozwala na skuteczny nadzór zdrowotny. W systemach otwartych ryzyko chorób jest nieporównywalnie większe.
W tak spolaryzowanej przestrzeni informacyjnej – jak można skutecznie odbudować wizerunek polskiego drobiu?
Przede wszystkim poprzez rzetelną komunikację, badania i edukację. Drób jest jedynym mięsem akceptowanym przez wszystkie największe religie świata – to najlepiej świadczy o jego uniwersalności. Jednocześnie sami producenci wpadli w pułapkę komunikatów typu „bez antybiotyków”, „bez hormonów”. To błąd, bo sugeruje, że inne produkty te substancje zawierają. Tymczasem stosowanie hormonów czy antybiotyków stymulacyjnych jest w Polsce i UE od dawna zakazane! Konieczna jest transparentna edukacja konsumencka: jak wygląda chów drobiu, jakie są realia produkcji, jak przebiega nadzór, dlaczego pewne zdjęcia i informacje w sieci są manipulacją.
Wspomniał Pan o manipulacjach krążących w sieci. Jak duże zagrożenie dla branży stanowią dziś fake newsy?
Ogromne. To sytuacja, w której producent musi udowadniać, że nie robi nic niewłaściwego i odpierać absurdalne oskarżenia. Przykładem takiej sytuacji jest fotografia ptaka leżącego w pozycji charakterystycznej dla choroby Mareka, którą w internecie przedstawiano jako dowód na “zbyt dużą masę, uniemożliwiającą chodzenie”. Podobnie zdjęcia padłych kur w klatkach – często robione i udostępniane przez osoby zatrudnione przez te organizacje, by na potrzeby organizacji lobbystycznych wykonać „drastyczne” zdjęcia. Fakt jest jednak taki, że te osoby, wcześniej przeszkolone przez pracodawców na fermach, nie wykonały podstawowych obowiązków związanych z dobrostanem zwierząt, nad którymi dano im pieczę. Tak „jaskrawe” obrazy działają na emocje konsumentów, budują fałszywy obraz branży i wpływają na decyzje zakupowe, mimo że nie mają związku z realiami produkcji. Gdyby zwierzęta faktycznie były utrzymywane w warunkach cierpienia, produkcja byłaby ekonomicznie nieopłacalna, a hodowcy straciliby uprawnienia.
Opracowanie własne IBIMS Green